Strona główna
 Informacje
 Proces beatyfikacji
  Postulatura
  Trybunal
 Słudzy Boży
  o. Fabian Abrantowicz, MIC
  m. Katarzyna Abrikosowa, OPL
  o. Epifanij Akułow
  ks. Konstanty Budkiewicz
  ks. Franciszek Budrys
  o. Potapij Emeljanow
  s. Róża Serca Maryi
  Kamila Kruszelnicka
  Biskup Antoni Malecki
  o. Janis Mendriks, MIC
  ks. Jan Trojgo
  ks. Paweł Chomicz
  o. Andrzej Cikoto, MIC
  ks. Antoni Czerwiński
  o. S. Szulmiński, SAC
 Archiwum
  abp. E. Profitlich, SJ
 Biblioteka
 Kontakty

Sługa Boży ks. Jan Mendriks (1907-1953)


Urodzony 21 stycznia 1907 r. we wsi Logocki, parafia Kalupe w pobliżu Agłony, na Łotwie, z rodziców Antoniego i Anny Plocins. Po wstąpieniu do Zgromadzenia Księży Marianów, rozpoczął nowicjat 8 grudnia 1926 r. pod kierunkiem ks. Benedykta Skrindy w Welonach (Vilani). Pierwsze śluby złożył 9 grudnia 1927 r., kiedy uczył się w gimnazjum katolickim w Agłonie. 6 stycznia 1933 r. złożył wieczyste śluby zakonne. W tym też roku rozpoczął studia w ryskim seminarium duchownym. Święcenia kapłańskie otrzymał w katedrze św. Jakuba w Rydze z rąk abpa Antoniego Springowicza w niedzielę 3 kwietnia 1938 r.

Po święceniach był wikariuszem w mariańskiej parafii w Welonach, dojeżdżając do obsługiwanych przez marianów sąsiednich kościołów. Przez pewien czas pracował w parafiach Lamini, Kondava i Savile w Kurlandii (Kurzeme). Swoje posłannictwo wykonywał gorliwie.

W końcu 1942 r. w parafii Ostrone odmówił chrześcijańskiego pogrzebu zabitemu przez partyzantów policjantowi na służbie niemieckiej, ponieważ był znanym konkubinariuszem. Ksiądz Mendriks musiał uciekać z parafii, gdyż hitlerowcy chcieli go zabić. Ukrywał się do końca wojny.

Po wojnie, pod sowiecką okupacją, przez pewien czas mógł jawnie duszpasterzować. 19 lutego 1948 r. został proboszczem parafii Jauborne i Elerna. Po niemal trzyletniej działalności, 25 października 1950 r., został aresztowany w Jaunbornie przez MGB i osadzony w więzieniu w Rydze. Został skazany 24 marca 1951 r. na 10 lat ciężkich robót w łagrze „za organizowanie antyradzieckich nacjonalistycznych band i antyradziecką agitację”. Deportowany został do republiki Komi i pracował w kopalni węgla w Workucie.

Przebywając w łagrze, ks. Mednriks pełnił wśród więźniów potajemnie posługę kapłańską; niekiedy odprawiał Mszę św., spowiadał i udzielał Komunii św. W tym celu miał zawsze przy sobie metalowe pudełeczko, wykonane na kształt papierośnicy, w którym przechowywał Eucharystię.

Po śmierci Stalina zesłańcy sądzili, że zaistniała sytuacja sprzyjająca ich zwolnieniu z łagru. Gdy tego nie osiągnęli, 25 lipca 1953 r. rozpoczęli strajk i nie poszli do pracy. Kiedy władze obozowe nie potrafiły nakłonić więźniów do posłuszeństwa, wezwano wojsko, które 1 sierpnia otoczyło obóz. Ksiądz Mendriks uważał, że powinien być razem z więźniami narażonymi na śmierć, aby ich na nią przygotowywać. Poszedł więc i stanął w pierwszym szeregu. Kiedy żołnierze zaczęli strzelać do więźniów, padli zabici stojący w pierwszej linii. Pośród nich został zabity także ks. Jan Mendriks, wymawiający formułę rozgrzeszenia.

Generalna Prokuratura Łotewska zrehabilitowała ks. Jana Mendriksa 5 lipca 1991 r.


Świadectwo Hipolita Razbadauskasa o księdzu Janie Mendriksie, jego duszpasterstwie i śmierci:

"25 grudnia 1976 r.

Archipelag Gułag, ASSR Komi, Workuta, Kopalnia nr 29, 1950-1955.

1 sierpnia 1953 r. w kopalni nr 29 został zastrzelony ksiądz Jan Mendriks MIC. Relikwie zebrane i przechowane przez najbliższego współpracownika Zmarłego, więźnia politycznego Hipolita Razbadauskasa.

1. Metalowa skrzyneczka (pudełeczko) do komunikantów. W niej był przechowywany Najświętszy Sakrament.
2. Korporał.
3. Krzyżyk metalowy.
4. Cztery obrazki.

Ja, niżej podpisany, Hipolit Razbadauskas, syn Jana, katolik, urodzony w 1903 r., były więzień polityczny, oświadczam co następuje:

1 lutego 1945 roku zostałem skazany przez Trybunał Wojenny Związku Radzieckiego na 10 lat obozu pracy przymusowej i 5 lat zsyłki. W celu odbycia kary wywieziono mnie do Workuty, do łagru – kopalni węgla nr 29.

Przebywałem tam w latach 1950-1953 i wówczas spotkałem dzielącego ze mną los więźnia politycznego, Łotysza, kapłana katolickiego imieniem Jan Mendriks. Odznaczał się on głębokim umysłem, radosnym, żywym i miłym usposobieniem, cierpliwością, współczuciem oraz duchem apostolskim. Był to prawdziwie święty kapłan.

Co miesiąc ksiądz Mendriks spowiadał nas i udzielał nam Komunii św.

Ludziom wierzącym nie było łatwo wypełniać praktyki religijne, ale jeszcze trudniej było spełniać posługę duchową kapłanom. Wszystko musiało być dobrze zamaskowane i musiało dokonywać się w wielkiej tajemnicy.

Najświętszy Sakrament był chowany do metalowego pudełka, które wyglądało jak papierośnica, by w razie rewizji służba obozowa myślała, że wewnątrz są papierosy. Ta papierośnica okazała się najlepszym wynalazkiem dla zabezpieczenia Najświętszego Sakramentu. W razie potrzeby można było zabierać ją ze sobą do pracy, do której pędzili nas czwórkami w szeregu otoczonym służbą obozową i wilczurami. Byliśmy wymęczeni i głodni, ale jednocześnie modliliśmy się, bo przecież był z nami kapłan z Jezusem Chrystusem.

Ludzie spowiadali się i przyjmowali Komunię św. w rozmaity sposób: przynosząc wodę do baraku, w jadalni, korzystając ze spaceru, na placach oczyszczanych ze śniegu, wszędzie, gdzie nie sięgało oko strażnika czy „stukacza” – donosiciela, zdrajcy.

Warunki posług religijnych polepszyły się, kiedy zostałem wyznaczony na stanowisko sanitariusza w ambulatorium. Rozporządzałem wówczas małym, ale trochę ogrzanym składzikiem, w którym przechowywano martwy i żywy inwentarz: 20 królików, świnki morskie i białe szczury.

Do tego składziku odsyłano także chorych, którym robiono analizy. W panującym tam ruchu nikt nie wiedział, czy leczy się ciało czy duszę. Cały personel ambulatorium: lekarze, felczerzy, kierownik apteki, sanitariusze, wszyscy byli więźniami. Nie było wśród nas zdrajców, wszyscy przystępowali do spowiedzi.

Kiedy rano rozlegała się komenda „wstawać”, my śpieszyliśmy do ambulatorium, żeby przed pojawieniem się chorych napalić w piecu i wykonać inne prace. Do chwili pojawienia się chorych ambulatorium było puste i zajmowaliśmy je tylko my, sanitariusze. Potem przychodzili kapłani, Striniukas i inni, i w moim składziku odprawiali Mszę św. Kiedyś ksiądz, wychodząc ze składziku, pogłaskał wielkiego królika, mówiąc: „Jesteś dobry, lepszy od człowieka–zdrajcy, «stukacza». Ciebie się nie boimy, bo ty nas nie zdradzisz”.

Kiedyś  w dniu wolnym od pracy urządzono rewizję, a ksiądz Mendriks znajdował się w baraku. Dowiedziawszy się o przeszukaniu, przyniósł Najświętszy Sakrament do mnie i schował w moim składziku, w szafie z lekarstwami. Funkcjonariusze przyszli także i tutaj, popatrzyli i stwierdzili: „Tu jest magazyn apteki”.

Tak płynęły dni, od komendy „wstawać” do rozkazu „spać”. Taki był porządek dnia, tak uciekał nasz mizerny czas.

Kiedy 5 marca 1953 roku obozowe radio podało wiadomość o śmierci Stalina, cały obóz ogarnęła fala radości. Wraz z zejściem Stalina znikła także straszliwa postać Berii. Znikły zamki u drzwi baraków, kraty z okien, numery z ubrań więźniów. Skazani poczuli się ludźmi, ale oczekiwali czegoś więcej, oczekiwali wolności. Jednak nadzieje na jej odzyskanie zawiodły. Wolności nie było. Nadal grała trąba Stalina i muzykanci byli ci sami: Malenkow, Chruszczow i inni.

Więźniowie, nie mogąc się doczekać wolności, postanowili się jej domagać. Odmówili wychodzenia do pracy i rozpoczęli strajk.

Dnia 25 lipca 1953 roku żadna brygada nie wyszła do pracy. Naczelników kopalni i łagru ogarnął strach. Coś takiego zdarzyło się w Związku Radzieckim po raz pierwszy.

Miejscowi naczelnicy próbowali więźniów namówić do pracy, ale te usiłowania nie przyniosły skutku. Pozostawało więc jeszcze użycie siły.

Zbliżał się 30 lipca. Więźniowie organizowali się i spokojnie czekali na rozwój wydarzeń. Odprawiono Mszę św., na którą przyszło mnóstwo ludzi. Przystępowali do spowiedzi, przyjmowali Komunię św., modlili się i byli gotowi na wszystko.

Życie w obozie zdawało się płynąć normalnie, choć można było zauważyć niezwykły ruch wśród żołnierzy. Jedna grupa przytwierdzała do słupów głośniki, inna kopała okopy, jeszcze inna ustawiała miotacze min. Nie było wątpliwości, że jest przygotowywany atak na obóz.

Zaświtał dzień 1 sierpnia, krwawy dzień, w którym na nasz łagier spadł miecz śmierci. Zjawił się oddział żołnierzy uzbrojonych w automaty, przyjechało też komando pożarnicze. Widać było urzędników wysokiej rangi. Wszędzie kręcili się fotografowie. Ruchy więźniów filmowano.

O godzinie 7 rano przyszedł do mnie ks. Mendriks. Przyjął Komunię św. Powiedział, że jest przygotowany na wszystko. W czasie naszej rozmowy ogłoszono przez głośniki ultimatum rządu, którego treść, o ile pamiętam, była następująca: wszyscy więźniowie mają się zgromadzić w ciągu 30 minut przy głównym wejściu do łagru, opanowanym przez żołnierzy. Środek zony poleca się zająć lekarzom, służbie sanitarnej, chorym i pracownikom kuchni.

Poprosiłem księdza Mendriksa o spowiedź i tam, w ambulatorium, na klęczkach się wyspowiadałem.

Przygotowując się do udzielenia mi Komunii św., ksiądz chwilę się zastanawiał i potem polecił mi spożyć wszystkie komunikanty, które miał przy sobie. Było ich ponad dziesięć. Płacząc ze wzruszenia, przyjąłem Komunię św. na sposób wiatyku, przygotowując się na drogę do wieczności. Ostatnie minuty przeszły bardzo szybko. Chciałem jeszcze porozmawiać z księdzem, ale nie było czasu, ultimatum dobiegało końca. Przyniosłem dla księdza fartuch i błagałem, by pozostał w ambulatorium jako sanitariusz. Nie zgodził się, mówiąc, że jako kapłan ma obowiązek być tam, gdzie ludzie umierają, żeby ratować dusze. Oddał mi kapłańskie przybory i polecił je chronić, jeśli pozostanę przy życiu. Te relikwie ochraniałem przez 24 lata i utrzymywałem w porządku, co niniejszym oświadczam.

Ksiądz Jan pożegnał mnie po bratersku i odszedł na linię ognia. Było to ostatnie pożegnanie.

Przed główna bramą (wachta) stał tysięczny tłum więźniów. Trzymali się za ręce i w ten sposób nie dopuszczali, by ktokolwiek wyszedł za bramę. Widząc to, dowodzący nakazali naczelnikowi porządku obozowego i 50 żołnierzom wejść do zony i przemocą utorować drogę do wyjścia za bramę. Więźniowie stawiali opór i z całą siłą, pięściami odpędzili żołnierzy za wachtę.

Kiedy żołnierze już byli za bramą, rozległy się strzały. Seria z automatów i stojący w pierwszej linii więźniowie padli bez życia. Wśród nich znajdował się ksiądz Mendriks.

Od umierającego rodaka dowiedziałem się, że w ostatnim momencie rozgrzeszał umierających, wypowiadając słowa: Misereatur vestri omnipotens Deus

O śmierci ks. Mendriksa dowiedziałem się od lekarza Suslina, który robił sekcję jego zwłok. Suslin powiedział, że ciało księdza było jakby przepiłowane.

Tak zakończył swoje trudne dni ten czcigodny kapłan. Został pochowany na cmentarzu kopalni nr 29. Opłakiwali go wszyscy wierzący: Łotysze, Litwini i Ukraińcy. Dla wszystkich był drogim i świętym kapłanem.

Zastanawialiśmy się, czy będziemy mieli innego księdza. Nie czekaliśmy długo. Już po kilku dniach Opatrzność Boża przysłała nam pełnego kapłańskiej gorliwości ks. Antoniego Szeszkiewicza.

Świadectwo to pisałem własnoręcznie. Jego prawdziwość potwierdzam swoim podpisem

H. Razbadauskas"


Dnia 31 maja 2003 roku w Wyższym Seminarium Duchownym Maryi Królowej Apostołów w Sankt-Petersburgu w Rosji J. E. ks. abp Tadeusz Kondrusiewicz, metropolita Moskwy, oficjalnie otworzył proces męczenników pomordowanych przez władze komunistyczne Związku Radzieckiego. Wśród kandydatów na ołtarze jest także ks. Jan Mendriks.

Tekst ze strony internetowej oo. marianów


© Postulator Causae Beat. seu Declarationis Martyrii S. D. Antonii Malecki et Soc.